środa, 4 lipca 2012
Paryż belle epoque
Oto zabawny projekt okładki książki-albumu o Paryżu, który piszemy właśnie z Martą Orzeszyną. Mam nadzieję, że Tony Curtis, Natalie Wood i Jack Lemon przekonają Was do wielkiej podróży, którą odbędziemy już w październiku!
Zapraszamy: Małgorzata i Marta
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Łuk Triumfalny
Do Łuku Triumfalnego najlepiej zbliżać się powoli, skracając perspekrywę, od Tuilleries lub Placu Zgody, wtedy, rosnąc, pokazuje nam z każdym krokiem ogromniejącą potęgę, aż wreszcie stajemy zdumieni jego monumentalnością i z trudem zadzierając głowy ledwie odróżniamy sylwetki turystów, którzy z trudem wspiąwszy się pięćdziesiąt metrów po schodach, spoglądają teraz na wszystkie strony, podziwiając panoramę Paryża.
Kiedy porównuję pierwsze i drugie zdjęcie, zachodzę w głowę, jak to jest, że odleglejsza perspektywa ogrodów tuilleryjskich daje nam Łuk większy niż bliższa, gdy go fotografowałam z Placu Zgody? Ale oto zbliżamy się Polami Elizejskimi i jest już niamal na wyciągnięcie ręki. Już widać mikroskopijne sylwetki ludzi na jego szczycie.
Co widzą? Ano patrzą ku Montmartrowi:
ku Wieży Eiffla:
ku Laskowi Bulońskiemu:
ku Defense:
Ale też takie, podczas których ledwie zaszczyci nas swoją uwagą, chowając się i odwracając wzrok:
I ma dni, kiedy cierpliwie pozuje na tle różowych chmurek, nieco obojetny, zamyślony, trwa w zadumie na przekór toczącego się dookoła wielkomiejskiego życia.
Wtedy macie poczucie, że tu właśnie bije serce Paryża.
piątek, 8 czerwca 2012
La Grande Dame
Musicie przyznać, że wieża Eiffla stanowi wdzięczny obiekt fotografowania. Mnie również urzekła. Pomyśleć, jak bardzo jej nie chciano w 1889 roku... Teraz jest niczym niezastąpionym symbolem Paryża.
Widziana z Placu Gwiazdy
Tak ją widać z Łuku Triumfalnego. Poniżej w zbliżeniu.
Tak wygląda z Pola Marsowego.
Tu również widok z Pola Marsowego, przystrojona w przeźroczystą halkę.
Tak od strony Palais Chaillot i Trocadero.
Tak, gdy jej spróbujemy zajrzeć pod spódnicę.
A tak, gdy wybiera się na bal.
Jak każda z nas ma wiele twarzy. Zyskuje z wiekiem, stając się klasyczną pięknościa. Która z nas by tak nie chciała...
Kolejny fragment "Podróży", tom pierwszy, "Róża z Wolskich"
W
mieszkaniu przy boulevard des Italiens nic się nie zmieniło. Służba przywitała swoją
panią radośnie, choć nie bez pewnego odcienia smutku. Tym kilkorgu ludziom
wyjazd księcia również mógł pomieszać szyki. Każde brało pod uwagę, że Roger de
Vallenord nie wróci. Róża dopiero teraz dopuściła do siebie to przypuszczenie.
„A
jeśli on z jakiegoś powodu zostanie w Val? – pomyślała i poczuła mocne ukłucie
w dole podbrzusza. – Nie, nie, nie dam się zwariować, poczekam na list. Musi
wrócić, wróci na pewno, przecież nie pozwolą mu malować, źle się tam czuje, z
jakiej przyczyny miałby zostawać?”.
Czekała,
nie wychodząc z domu. Jeden dzień, drugi, trzeci. Minął tydzień i nie dostała żadnych
wieści. Skończył się miesiąc, należało płacić służbie, a Róża nie bardzo miała
z czego. Jeśli wypłaci im z własnych, niewielkich oszczędności, które dotychczas
uzbierała, niemal nic jej nie zostanie. Pomyślała, że będzie musiała sprzedać
coś z biżuterii lub którąś ze swych sukien, i znów przeszył ją ten ból, ostry,
kłujący. Nie, nie będzie na razie niczego spieniężać, sytuacja nie jest jeszcze
tragiczna. Rano, przecierpiawszy całą noc, kiedy już myślała o wezwaniu
lekarza, wyjęła ze szkatułki tysiąc franków otrzymane od Chesnota. Miały być
zabezpieczeniem na czarną godzinę, ale być może ona właśnie nadeszła? Posiadane
zasoby topniały w oczach. Nie na długo wystarczy, jeśli Roger będzie zwlekał z
powrotem.
A
on milczał. Róża zaczęła tracić nadzieję. Jednocześnie cierpiała bardzo i nie
chciała się do tego przyznać, ale z jej nietęgiej miny pokojówka wyczytała, że
pani doskwiera coś również fizycznie. Kazała jej się położyć, przyniosła ziółek
i rozgrzewającą butelkę z gorącą wodą, którą kobiety, w tych dniach
przykładając ją sobie do brzucha, choć trochę uśmierzają ból.
Gorąca
butelka rzeczywiście przyniosła Róży chwilową ulgę. Jednak ból wrócił, i to ze
zdwojoną siłą, ponieważ w apartamencie pojawił się konsjerż wraz z jakimś
człowiekiem, przedstawiającym się jako Pascal Petit, plenipotent księcia
Vallenorda.
Stała
na chwiejących się nogach, a monsieur Petit głosem, w którym nie było żadnych
emocji, powiedział:
–
Jestem upoważniony przez Rogera de Vallenord, aby zlikwidować to mieszkanie,
którego książę nie będzie już potrzebował, jako że przez czas nieokreślony zamieszka
poza Paryżem.
Zachwiała
się i tylko przytomność właściciela domu nie pozwoliła jej upaść. Podtrzymał ją
za łokieć i podprowadził do najbliższego krzesła.
–
Jak mam to rozumieć? – zapytała przez zaciśnięte gardło.
–
Daję pani trzy dni na wyprowadzenie się. Proszę spakować swoje rzeczy osobiste,
resztą ja się zajmę.
Chciała
się rozpłakać lub coś powiedzieć, cokolwiek, byle nie siedzieć tak z otwartymi
ustami w straszliwym bólu, lecz pochwyciła zdumione spojrzenia konsjerża i pana
Petit, wbite w ziemię pod jej stopami. Podążyła za tymi spojrzeniami i
zobaczyła na podłodze niewielką kałużę krwi.
–
Prawdopodobnie poronienie – powiedział doktor, zawezwany natychmiast przez służbę.
–
Poronienie? – wyszeptała Róża. – Ale ja nie byłam…
–
Cóż, chyba właśnie pani była… – dodał, zamykając torbę, i wyszedł, a ona
wpatrzyła się tępym wzrokiem w sufit.
sobota, 19 maja 2012
Z metkami i bez, czyli jak lizałam paryskie wystawy
Nie pojechałam do Paryża na zakupy. Oczywiście stać by mnie było (mam nadzieję) na apaszkę od Louisa Vuittona, na wszelki wypadek jednak cen nie sprawdzałam. Nie mogłam się jednak oprzeć pokusie, aby sfotografować świątynie luksusu. Idąc spacerem w dół Pól Elizejskich od Łuku Triumfalnego w kierunku Placu Zgody, mijamy kilka eleganckich sklepów, większość marek jest u nas w Polsce i tchu nie odbiera.
Pierwszy sklep, który mnie zmusił do wyjęcia aparatu był właśnie Louis Vuitton:
Potem skręciliśmy w Avenue George V i zaroiło się od świątyń luksusu. Jean Paul Gaultier:
Armani, nieco z boku:
Versace:
Givenchy:
W mieście wielkie afisze ogłaszały właśnie wyprzedaż w Galeries Lafayette. Zorientowałam się po tloku, kiedy pojechaliśmy tam, aby obejrzeć ich ciekawą architekturę. Byliśmy chyba jedynymi klientami niezainteresowanymi zakupem. Wycieczki Chińczyków kłębiły się przy kantorku Tax Free. Choć ceny nawet podczas wyprzedaży potrafiły przyprawić o zawrót głowy, galeria była nabita kupującymi.
Tak wygląda z zewnątrz, wnętrze robi jednak o wiele większe wrażenie:
Kilka pięter stoisk z metkami, a nad tym wszystkim fantastyczna kopuła:
Serce jednak ciągnęło mnie gdzie indziej, na ulicę, która podczas pracy nad "Podróżą do miasta świateł" skradła moje myśli, na rue de la Paix. Rozciągająca się pomiędzy Placem Opery a Placem Vendome dość krótka uliczka w XIX wieku była salonem Paryża. W moim kiepskim ujęciu teraz wygląda tak:
Samochody i przechodnie nie chcieli się odsunąć, żeby mi zrobić lepszą perspektywę. Przy rue de la Paix odnalazłam dwie firmy, które działają od czasów Róży, przede wszystkim złotnika, Melleria:
W Paryżu nie jest niczym dziwnym, że firma istnieje dwieście i więcej lat...
Kolejnym rajem metek jest Faubourg Saint-Honore. W pierwszej, najbardziej prestiżowej dzielnicy, pomiędzy Luwrem a bulwarami, w dość wąskiej uliczce napotkałam kolejne sklepy znanych firm:
Mogło się tam wręcz zakręcić w głowie:
Rue Bonaparte na całej niemal długości wypełniają fajne małe butiki z interesującymi propozycjami w różnych stylach. I ostatnie ze zdjęć z cyklu: "Jak lizałam paryskie wystawy". To maleńkie stoisko z kapeluszami i okularami w arkadach na Place de Vosges. Po prostu mnie urzekło:
Niczego sobie oczywiście nie kupiłam, ale miałam wielką satysfakcję, że nie wyjeżdżam z Paryża w poczuciu zawodu, bo niemal wszystko mogę już kupić w Warszawie, więc po co dźwigać?
Wszystkie zdjęcia moje.
mga
środa, 16 maja 2012
Sklep z zabawkami Domek dla Lalki
Tuż obok Ogrodu Luksemburskiego natknęłam się na uroczy sklepik z zabawkami o wdzięcznej nazwie La maison de Poupee. Niestety, był zamknięty. Ale co za cuda znalazłam na wystawie! Popatrzcie:
Na koljnaj wystawie znalazłam gipsowego pieska (już wtedy rodzice wiedzieli, jak zaspokajać marzenia dzieci nie popadając w koszty), kolejną toaletkę z eleganckimi porcelanowymi naczyniami, malowanymi w sympatyczne scenki zabaw dziecięcych oraz miniaturowe mebelki.
Cóż tu mamy? Toaletkę dla lalki, żeliwną kuchenkę oraz zimowy płaszczyk na specjalnym stojaku. Widzimy również, że moje zainteresowanie zabawkami wzbudziło ciekawość pani, przechodzącej po drugiej stronie ulicy. Ach, ci turyści!
W kolejnym oknie znalazłam wózek dla lalek na żelaznych kołach (sądzę, że dokładnie takich samych używano do wożenia dzieci) oraz kilka lalek i malowany parawan, też pewnie przypominający te z mieszkań dorosłych. Zabawki są, jak widzicie typowo dziewczęce, ale cóż, wszak to Domek dla łalki...
piątek, 11 maja 2012
Hotel Lambert w remoncie
Jak widać z powyższej tablicy brat emira Kataru, czy też ktoś, kto jest w chwili obecnej właścicielem tego pięknego budynku, znajdującego się na wyspie świętego Ludwika w Paryżu, wciąż jeszcze boryka się z remontem. Końca prac nie widać i jeśli ktoś, jak my, chciałby popatrzeć z bliska na tę długoletnią siedzibę rodziny Czartoryskich i bardzo polskie miejsce, sromotnie się rozczaruje.
Pałac (albowiem nie jest to hotel w naszym rozumieniu tego słowa) był nie tylko siedzibą rodu arystokratycznego, siedliskiem polskiej myśli politycznej i artystycznej przez ponad sto trzydzieści lat, ale też miejscem, gdzie polscy emigranci zawsze mogli znaleźć pomoc i opiekę.
Od 1975 roku pałac należał do rodziny Rothschildów. Bardzo ładny opis wnętrz znalazłam w powieści Pierre'a Assouline'a "Portret".
Subskrybuj:
Posty (Atom)





































